mad_max_header_image_00

Hollywood od lat eksploatuje swoje najgłośniejsze tytuły i serie. Kolejne rebooty, sequele czy remake’i nie jednemu zdążyły się już przejeść. Rzadko kiedy tworzone po latach kontynuacje zachowują jakość pierwowzoru będąc po prostu zwykłym skokiem na kasę i próbą żerowania na sprawdzonych markach. Jak więc na tym tle wypada nowy „Mad Max: Fury Road” (pol. „Mad Max: Na Drodze Gniewu”) i czy również wpisuje się w ten trend?

 

Tegoroczna premiera to tak naprawdę finał wieloletnich starań o reaktywowanie kultowej marki. Pierwsze plany realizacji czwartej części pojawiły się w głowie George’a Miller’a, reżysera oryginalnej trylogii, już w 1998 roku. Pięć lat później projekt był gotowy, aby ruszyć pełną parą. W roli głównej ponownie mieliśmy zobaczyć Mela Gibsona dla którego rola szalonego Max’a w pierwszych trzech częściach była katapultą do sławy. Niestety z różnych względów (również politycznych – wybuch wojny w Iraku) produkcja stanęła w miejscu, a brak jasno określonej daty powrotu do prac sprawił, że z projektu wycofał się Gibson. Reżyser nie miał szczęścia – na przestrzeni kolejnych lat koncepcja ewoluowała od filmu do animacji 3D do filmu ponownie. W 2011 roku obfite opady deszczu zmieniły pustynny plan zdjęć Broken Hill w Australii w zieloną oazę dzikiej roślinności. Zdjęcia rozpoczęto rok później w Namibii. Film miał swoją premierę siódmego maja 2015 roku w Los Angeles. Ostatnia odsłona oryginalnej trylogii ukazała się w 1985 roku („Mad Max: Beyond Thunderdome”), a więc równe trzydzieści lat wcześniej. Czy to mogło się udać?

madmax_001madmax_002

Nie będę Was trzymał w niepewności i napiszę to od razu: tak! Udało się jak rzadko kiedy i jeśli jakimś cudem jeszcze nie byliście w kinie (w końcu premiera miała miejsce ponad miesiąc temu) to nie traćcie czasu, bo to murowany kandydat do miana filmu roku i chyba najlepsza reaktywacja kultowej marki o jaką Hollywood się pokusiło.

 

NA ZŁAMANIE KARKU:

Fakt faktem jak już wspomniałem na początku „Fury Road” to nie remake lecz pełnoprawna kontynuacja. Zadbano jednak o to, aby widzowie nieznający poprzednich części bez problemu się tutaj odnaleźli – nawiązania fabularne są bardzo subtelne. Owszem, słyszałem zarzuty jakoby produkcja była płytka i pozbawiona wielowarstwowej fabuły, ale nie oszukujmy się – to przede wszystkim film akcji i to w najlepszym tego słowa znaczeniu, a ogrom emocji na ekranie może faktycznie na pierwszy rzut oka tuszować niuanse scenariusza. W zasadzie od pierwszych scen tempo jest szalone i rzadko kiedy zwalnia – podobnie jak samochody, których jest tutaj od groma – przez większość czasu bowiem obserwujemy jeden wielki pościg po pustyniach i kanionach… i to jest naprawdę genialne! Nawet tzw. przerywniki i sceny mające na celu szerszą ekspozycję bohaterów odbywają się najczęściej wewnątrz pędzących po pustynnych bezdrożach pojazdów.

madmax_004madmax_005madmax_006

Praca kaskaderów robi wrażenie, a wybuchy, kraksy i walka na trasie przywołują na myśl najlepsze lata kina, kiedy jeszcze tego typu rzeczy nie były załatwiane w stu procentach przez speców od CGI i blue boxów (a jak już o tym to warto zaznaczyć, że osiemdziesiąt procent ujęć kaskaderskich powstało bez użycia komputerów). W tym sensie „Mad Max: Fury Road” jest pięknym hołdem dla kina akcji minionych dekad i utęsknioną alternatywą dla nagminnie przeładowanych efektami blockbusterów. Nie zrozumcie mnie jednak źle – produkcja mocno korzysta z dobrodziejstw komputerów, używa ich jednak w trochę innym celu. Wizualnie film robi naprawdę świetne wrażenie przeskakując pomiędzy ujęciami z wysokim nasyceniem koloru (na przekór obecnym trendom), szerokimi, panoramicznymi planami czy scenami, które w całości oblane zostały specyficzną paletą barw i filtrów przywołując na myśl kadry komiksów. Więcej na temat efektów specjalnych użytych w filmie znajdziecie pod tym linkiem.

madmax_007madmax_008madmax_0010

RUCHOMY KOMIKS:

W tym miejscu warto podkreślić: „Fury Road” to spełnienie mokrych snów każdego fana dziewiątej sztuki. Reżyser George Miller sam się zresztą do nich zalicza – film na etapie preprodukcji powstał najpierw w formie storyboardu składającego się z trzech i pół tysiąca kadrów, a dopiero później Miller napisał kompletny scenariusz. Na tym jednak nie kończą się nawiązania do komiksu. Już w pierwszej scenie monolog Max’a zapowiada czego możemy się spodziewać: „Czy to ja jestem szalony czy świat wokół mnie?” Takiej zbieraniny wykręconych motywów, postaci oraz pojazdów nie znajdziecie nigdzie indziej i de facto szalony Max wypada tu najbardziej racjonalnie. Artyści koncepcyjni naprawdę stanęli na wysokości zadania. Na ekranie pojawią się m.in. Imperator Furiosa z mechaniczną protezą zamiast przedramienia (świetnie zagrana przez Charlize Theron), główny czarny charakter Immortan Joe, Corpus Callosum (karzeł obserwator), szalony gitarzysta ziejący ogniem prosto z gryfa czy cała banda tzw. „War Boys”. Na dobrą sprawę powinienem także wymienić każdy pojazd z osobna, gdyż ich design robi olbrzymie wrażenie – podobnie zresztą jak całego przedstawionego tutaj świata.

madmax_013madmax_016

UNIWERSUM:

Świat szalonego Max’a nie kończy się jednak wraz z ostatnią klatką filmu. Uniwersum poszerzają koordynowane przez George’a Miller’a publikacje przygotowane wspólnie przez Warner Bros i wydawnictwo Vertigo. „Mad Max: Fury Road Inspired Artists Deluxe Edition” to wyjątkowy artbook składający się z sześćdziesięciu pięciu prac najwybitniejszych artystów komiksowych zainspirowanych kinową produkcją. Na ponad stu czterdziestu stronach znajdziecie wyjątkową mieszankę stylów oraz technik ilustratorów i rysowników takich jak m.in. Jim Lee, Simon Bisley, Bill Sienkiewicz, Ryan Kelly, Lee Bermejo, Darick Robertson, Rian Hughes czy Sanford Greene. Wydanie zawiera także wstęp autorstwa George’a Miller’a oraz komentarze wszystkich artystów. Każda ilustracja zaprezentowana jest na dwóch sąsiadujących stronach (w formie rozkładówki) i naprawdę świetnie jest obserwować w jaki sposób każdy z ilustratorów zinterpretował postapokaliptyczny świat wykreowany w filmie. Muszę przyznać, że to jeden z lepszych artbooków jakie miałem przyjemność oglądać.

Oprócz tego wydawca przygotował także mini serię komiksową rozwijającą wątki i poprzedzającą wydarzenia zaprezentowane w „Fury Road”. Spośród czterech zaplanowanych komiksów do tej pory ukazały się „Nux & Immortan Joe #1” oraz „Furiosa #1”. W lipcu i sierpniu premierę będą miały „Mad Max #1” i „Mad Max #2”. W przypadku pierwszej publikacji mamy do czynienia z klasycznym przykładem origins story. Podzielona na dwie części przedstawia historię Nux’a oraz głównego czarnego charakteru – nieśmiertelnego Joe. Dowiemy się także w jaki sposób ten drugi przejął Cytadelę. Kreska nie należy do moich ulubionych, same historie również nie porywają aczkolwiek znajdziemy tu kilka ciekawych fragmentów i kadrów (szczególnie te przedstawiające wytatuowanego mędrca). Nieporównywalnie lepiej w moim odczuciu prezentuje się drugi komiks, którego bohaterkami są Imperator Furiosa oraz żony nieśmiertelnego Joe. Stylistyka ilustracji dużo bardziej pasuje do klimatu „postapo” – jest brudna, a barwy są mocno stonowane. Szczególnie ciekawie prezentuje się zabieg rozmycia na poszczególnych kadrach dalszych planów. Również historia będąca bezpośrednim prequelem wydarzeń przedstawionych w filmie jest bezkompromisowa, bardziej bezpośrednia i mroczna od poprzednika. Oba komiksy świetnie się sprawdzają jako rozwinięcie koncepcji i idei ukazanych na dużym ekranie, a ja obecnie nie mogę się już doczekać premiery kolejnych dwóch, zamykających serię numerów.

madmax_covers_023

George Miller pokazał jak należy prawidłowo wskrzeszać po latach kultowe marki opakowując je w nowe standardy i unikając przy tym grzechów trawiących współczesne rebooty. Przede wszystkim jednak chwała mu za to, że zadbał o rozwinięcie wątków za pośrednictwem innych mediów (komiks, ilustracja) oraz zadał sobie trud utrzymania pieczy na całością gwarantując tym samym wysoką jakość wszystkich wydawnictw związanych z „Mad Max: Fury Road”. Oby jak najwięcej twórców szło tą drogą.

Na zakończenie pozostawię Was ze skomponowanym przez Junkie XL świetnym motywem przewodnim, który już od dłuższego czasu towarzyszy mi w domu.

Leave a Reply